ZAPROSZENIA

FOTO, VIDEO, MUYZKA

TRANSPORT

PREZENT

PODRÓŻ POŚLUBNA

FINANSE

SWATY PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aga   
niedziela, 04 stycznia 2009 12:05
"Panna na wydaniu była solą w oku rodziny. Zwłaszcza gdy ktoś miał kilka córek, chciał jak najszybciej znaleźć męża dla każdej. Oczywiście — jak najlepszego.


swaty, tradycje, Olkusz, Kraków, ślub, wesele

fot. www.pinakoteka.zascianek.pl

Witold Wojtkiewicz „Swaty” 1908


Problemu nie było, kiedy obie strony zgadzały się na przyszły związek i w dodatku młodzi mieli się ku sobie. Gorzej, jeśli rodzina była niechętna, bo „panna bez posagu” lub „kawaler mało obiecujący”.
Wtedy najważniejsze stawało się przekonanie ojca, on bowiem miał głos decydujący — nawet gdy panna czy młodzian nie palili się do małżeństwa.


Któż tam kołacze, któż tam do wrót puka?
Radźcież otworzyć, sąsiedzie,
Pan młody panny szuka…


— głosiły słowa XIX-wiecznej pieśni zanotowanej przez Zoriana Dołęgę Chodakowskiego (1784-1825).


Nie każdy jednak umiał trafnie argumentować i przełamywać pierwsze lody. Tym z pomocą spieszyli swaci, zwani też faktorami, zapytuśnikami, odwiedzinami, dziewosłębami. Wynajmowano ich w wielkiej tajemnicy, aby przedwcześnie nie dostać się na języki sąsiadów. Swaci robili po cichu wstępne rozeznanie — a dotyczyło ono głównie spraw majątkowych — i wiedząc już, „co w trawie piszczy”, wyruszali do domostwa panny. Czynili to przeważnie późnym wieczorem, najczęściej w sobotę. Swatowi lub swatce często towarzyszył kawaler i jego ojciec. Te wstępne odwiedziny miały swój zwyczajowy ceremoniał, którego ściśle przestrzegano. Dziewosłąb nie od razu zdradzał cel wizyty. Należało go ukrywać pod pozorem np. dopytywania o zdrowie, o powodzenie, o plony. I chociaż każdy wiedział, ku czemu gość zmierza, do zasadniczego tematu przechodził bardzo ostrożnie.
Wreszcie padało najważniejsze zdanie: „Przyszliśmy w sprawie kupna pewnej rzeczy, która jest w tym domu”. Tu wymieniano imię kawalera, który miał być owym kupującym. Następnie swat wymieniał jego zalety, przekonując, iż jest to chłopak najzdrowszy, najlepszy, najgospodarniejszy. Pod koniec owych wychwalanek wyjmował butelkę gorzałki i prosił o kieliszki. Jeśli gospodarz podawał je bez szemrania, był to znak zgody. Jeśli długo ich szukał i oświadczał, że jakoś znaleźć nie może, wyraźnie i w grzecznej, choć niewyszukanej, formie odmawiał ręki córki.


Panna w tych rozmowach nie brała udziału. Musiała czekać pod izbą. Podanie kieliszków było sygnałem, że wolno jej wejść. Rodzice pytali ją wtedy o zdanie. Do dobrych obyczajów należała chwila wahania. A potem dziewczyna mogła wyrazić zgodę albo nie. Jeśli przyzwalała, przystępowano do konkretnych rozmów: pytań o posag, jaki dostanie od rodziców, a także o wiano, które wniesie do małżeństwa pan młody. Targi, w których młodzi nie brali udziału, trwały czasem do białego rana, a niekiedy nawet kilka dni. Kończono je podaniem sobie rąk oraz wypiciem zdrowia przyszłych małżonków, ich rodziców i swatów. Poważne rozmowy o posagu i wianie należało toczyć w tzw. Izbie paradnej. Im dostatniej była wyposażona, tym lepiej świadczyła o zamożności gospodarza — przyszłego teścia." *


Zdjęcie izby paradnej, w której odbywały się rozmowy.

fot. www.chata.szczytno.net.pl

 

*Artykuł pochodzi z "Wielkiej Księgi Tradycji Polskich" wydawnictwa Publicat

Zmieniony: środa, 25 marca 2009 09:29