ZAPROSZENIA

FOTO, VIDEO, MUYZKA

TRANSPORT

PREZENT

PODRÓŻ POŚLUBNA

FINANSE

Zrękowiny i zaprosiny PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
sobota, 21 marca 2009 13:51
Zrękowiny i zaprosiny

 
Włodzimierz Tetmajer „Zrękowiny”. 1895, olej na płótnie

O planowanym ślubie ćwierkały już wróble na dachach. Teraz przyszła kolej na zaręczyny. Rozmaicie wyglądały one w różnych stronach kraju, a nawet w obrębie tego samego regionu. Różnie też je nazywano — zrękowinami, zmówinami, ale i rędzinami, zdawinami, pierścionkami.

Najpierw była to skromna uroczystość w gronie najbliższych, jednak z upływem czasu, już w początkach XX stulecia, przybrała formę znacznie bogatszą, bardziej zewnętrzną. Huczne zaręczyny miały nadać wagi związkowi dwojga młodych.

Bywało, że ku domowi panny sunął rozbawiony pochód z kawalerem na czele. Wraz z nim szli rodzice, muzykanci, sąsiedzi, swat ze swatką. Wesołym pokrzykiwaniom towarzyszyło strzelanie z batów, pukawek, petard własnej roboty i pogodne przyśpiewki:

Zakochałem ci się aż po same uszy.
Rad bym Kaśkę pojąć, rad bym z całej duszy, hu, ha!...

W domu panny czekał już poczęstunek. Gorzałkę i chleb przynosił zazwyczaj kandydat na męża. Przed zrękowinami młodzi kroili po kawałku chleba, maczali go w soli i jedli. Kto przełknął pierwszy, ten miał rządzić domem. Jedzenie chleba na początku uczty zaręczynowej miało swoją głęboką wymowę. Był to bowiem pokarm otoczony największym szacunkiem, a jego brak utożsamiano z biedą. Wypiekanie bochnów trwało kilka dni. Najpierw przygotowywano zakwas i robiono zaczyn. Potem mieszano ciasto. Kiedy urosło, wkładano je w specjalne koszyczki lub wsuwano łopatą do rozgrzanego pieca chlebowego. Przyszła żona, która nie umiała piec chleba, narażała się na żarty i kpiny — jak w tej rzeszowskiej przyśpiewce:

Magda za mąż napierała,
Chleba upiec nie umiała…

***
Ach łaskawe ojcowie i panie matki, i wszyscy zgromadzeni! Dzięki Wam za tak śliczne zgromadzenie i tych państwa młodych przyozdobienie. Dziękuję, że Was ten akt zgromadził jak kwoka kurczęta pod swoje skrzydlata. Ach, łaskawe państwo młodzi, gdzie się tak wybieracie? W daleką podróż iść macie… —

Tak brzmiał fragment przemowy zaręczynowej zapisanej w Kalendarzu polskim Józefa Szczypki. Ojciec lub swat witali gości i prosili do stołu. Przedtem jednak przyszły starosta weselny dokonywał rytuału zaręczyn, wiążąc dłonie narzeczonych szarfą lub chustką i skrapiając je święconą wodą. To wystarczało za pierścionki, których na wsi zaczęto używać w tym celu dość późno, idąc za przykładem dworów.

W niektórych okolicach, m.in. na południu Polski, kawaler musiał wykupić panieński wianek, upleciony z ziela ruty, rozmarynu albo polnych kwiatów. Wówczas przychodziła chwila na ujawnienie zebranych szczegółów dotyczących posagu i wiana. Starosta wygłaszał przy tym stosowną mowę. Kapela przygrywała, rozlegały się wesołe przyśpiewki. O świcie rozchodzono się do domów.

Przed ślubem trzeba było dać na zapowiedzi w kościele i zaprosić gości. Najpierw krewnych, i to wedle starszeństwa, potem innych — wedle zajmowanej przez nich pozycji w społeczności. Tak czyniono przed stu laty, tak bywa i teraz w wielu polskich wsiach. Ważniejszych gości narzeczeni prosili osobiście, innych — wybrani przez pana młodego drużbowie. Aby przydać owemu ceremoniałowi znaczenia, przed domy gości zajeżdżano konno, z towarzyszeniem muzykantów, zapiewajłów, mówców. Im ładniej umieli się wysłowić (a mowy bywały nader kwieciste), tym lepszy czekał ich poczęstunek. 
Zmieniony: wtorek, 07 kwietnia 2009 15:32