ZAPROSZENIA

FOTO, VIDEO, MUYZKA

TRANSPORT

PREZENT

PODRÓŻ POŚLUBNA

FINANSE

Jaki był nasz ślub… PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 25 marca 2009 19:07
Jaki był nasz ślub…

Lawendowy dworek

Od chwili, w której zdecydowaliśmy się pobrać, wiadomym było, że nasz ślub i wesele muszą być wyjątkowe. Z powodu braku wolnego czasu postanowiliśmy zrezygnować z szukania klimatycznego kościółka w okolicy Olkusza i jak nakazuje obyczaj, ślub odbył się w kościele Panny Młodej. W naszym wypadku był to kościół św. Maksymiliana Marii Kolbego, na os. Młodych. Szybko poszliśmy zarezerwować termin, na którym nam zależało (rocznica). Z wielką ulgą odetchnęliśmy, kiedy wyszliśmy z kancelarii, po wizycie u księdza Jacka, zakończonej sukcesem. Ustaliliśmy jakie dokumenty będą nam potrzebne, przebieg mszy (to było dla nas istotne, bo chciałam aby „Hymn do miłości” przeczytała nam moja towarzyszka teatralnych przygód, o imieniu zaczynającym się na „D”). 

Przygotowania czas zacząć

Wcale nie były one proste, ponieważ nasze oczekiwania były wielkie, w porównaniu do skromnego budżetu (który w trakcie przygotowań rozrastał się coraz bardziej i bardziej). „Wielkie oczekiwania” w naszym mniemaniu nie oznaczały wesela w ekskluzywnej restauracji, w której wszystko jest gotowe a rodziny czekają tylko na dzień ślubu i wesela, niewiele przy tym organizując. My postawiliśmy sobie za cel wesele w romantycznym miejscu, z dala od zgiełku miasta, kominów, za to w otoczeniu wspaniałego pleneru i pachnącej zieleni. Od samego początku skreśliliśmy lokale mieszczące się w samym Olkuszu, gdyż nie spełniały naszych oczekiwań. Wbrew pozorom poszukiwania nie trwały zbyt długo. Szybko trafiliśmy do magicznego dworku staropolskiego mieszczącego się w Krzykawce. To było to czego szukaliśmy. Klimat pierwszorzędny i duuuużo zieleni. Już wyobrażałam sobie jak goście spacerują pomiędzy drzewami, zaglądają do środka dworku przez niewielkie okienka, a wszystko przypominać będzie dworek w Bronowicach, gdzie toczyła się akcja dramatu Wyspiańskiego. Może rozmowy trochę mniej poważne…

Pierwsze problemy

Nie lada wyzwaniem było ulokowanie w tak małym dworku wszystkich gości, czyli około osiemdziesięciu sztuk plus rozbrykane dzieci. Rozważaniom nie było końca. Jedynym rozwiązaniem było wynajęcie profesjonalnego namiotu. Tak też zrobiliśmy. Strefa przyjęcia weselnego została więc podzielona. W dwóch salach i dwóch przedsionkach były miejsca siedzące, a namiot posłużył jako miejsce do tańców i swawoli. Oczywiście nie mogło zabraknąć grilla, który stanął tuż obok namiotu do tańców.

Konkrety

Kiedy wstępne ustalenia były już gotowe, trzeba było skupić się na konkretach- znaleźć firmę cateringową, oprawę muzyczną, pojazd do ślubu. No i zaczęły się przysłowiowe schody. Okazało się, że znalezienie dobrej firmy cateringowej graniczy z cudem. Nie każdy chciał podjąć się organizacji wesela w takim miejscu, bez zaplecza kuchennego i odpowiednich warunków (problem z wodą i myciem naczyń). Niektórzy proponowali kosmiczne ceny za bardzo standardowe menu i niewielkie porcje. Przypadek sprawił, że jedna z mamusiek sięgnęła po lokalną prasę z ogłoszeniami i znalazła tam takie jedno małe: „catering” i do tego podany był jeszcze numer telefonu. Zadzwoniła i stał się cud. Los zesłał nam Pana Jacka, który podszedł do zadania w sposób profesjonalny, z dużą znajomością tematu. Zaproponował nam pyszne menu, które było pyszne nie tylko na papierze ale i w rzeczywistości. Zorganizował kuchnie, grilla, tort truskawkowy (wcale nie przesłodzony), ciasta na wynos dla gości i róże, na których tak bardzo nam zależało. 
Nadszedł czas na organizowanie oprawy muzycznej. Rok wcześniej byliśmy na weselu u Uli i Maćka, u których grał DJ Konrad. Bardzo przypadła nam do gustu taka forma muzyki. Hity grane w oryginałach, do tego zabawy dobrane z gustem i humorem. Czegóż chcieć więcej? Owszem, słyszeliśmy ostrzeżenia typu „na weselu powinna być orkiestra, a DJ nadaje się na dyskotekę”. Po weselu Ci, którzy tak mówili, przekonali się, że byli w błędzie. Wszyscy bawili się fajnie a zabawy typu picie wódeczki z kieliszka ustawionego na szabli wzbudzały ogólny zachwyt. Pokaz zdjęć z naszego dzieciństwa, zwłaszcza tych rozbieranych rozbawił weselników.
Nie chcieliśmy kamerzysty, a zdjęcia (najpiękniejsze na świecie, bo doskonale oddają klimat przyjęcia, bez zbędnego pozowania) zrobiła nam siostra Monika.

Oprawa wizualna

Mijały dni, tygodnie i stanęliśmy na etapie nadania całości oprawy wizualnej. Już sam bajeczny dworek był wyznacznikiem konwencji przyjęcia, takiego jakie sobie wymarzyliśmy- prosto, swobodnie, w rodzinnej atmosferze. Tak była też moja suknia ślubna. Z lekkiego, włoskiego materiału, bez zbędnych dodatków- jedynymi ozdobami były pas wyszyty kamyczkami i 3-metrowy welon. 
Uwielbiam róże i chciałam, by to one towarzyszyły mi w dniu ślubu. Warunek był jeden- muszą być koloru lawendowego, tak jak i wszelkie inne dodatki dekoracyjne. W Olkuszu, tylko w jednej kwiaciarni spotkałam takie róże i natychmiast zamówiłam z nich bukiet ślubny, butonierkę i dekorację samochodu. Uff, kolejna rzecz była z głowy. 

Do konwencji naszej uroczystości pasowały zaproszenia ręcznie robione. Widniał na nich motyw serduszka napełnionego suszonymi płatkami róż. Zaproszenie wręczane było w materiałowej kopercie.  

Postanowiliśmy nie przesłaniać dworku zbędnymi dekoracjami. Stoły przykryte były białymi obrusami i lawendową organzą z tasiemkami w takim kolorze. Obowiązkowo stały na nich bukiety lawendowych róż. Ceramiczne świeczniki podtrzymywały świece, a przy każdym nakryciu stała winietka ozdobiona koronką i serwetka z koronkowym serwetnikiem. W podobnym stylu były zawieszki na alkohol- wszystko z dodatkami perełek i lawendowej tasiemki. Do dekoracji ścian wykorzystaliśmy wiklinowe wianki, które świetnie wpasowały się w całość. Otoczenie dworku, czyli plener rozświetliliśmy lampionami.

Dzień ślubu

Niespodziewanie nadszedł dzień ślubu… Wszyscy byli zmęczeni przygotowaniami (wtedy dostrzegłam jak dużą rolę odgrywa np. firma dekoracyjna i, że nie wszystko da się zrobić samemu…). Byłam dziwnie spokojna (chociaż pogoda dawała wiele do życzenia a wesele, przecież miało być częściowo plenerowe), że wszystko będzie dobrze, pomimo, że dzień wcześniej był apogeum nerwów. Przyjechał mój przyszły mąż, odbyliśmy długie błogosławieństwo (bo nikt nie był obeznany w tej dziedzinie). Wreszcie wsiedliśmy całą czwórką do samochodu- tzn. my i nasze dwie dzielne świadkowe Ewelina i Karola (zrezygnowaliśmy z męskiego odpowiednika tej funkcji, jako że w zasobach rodzinnych dysponowaliśmy tylko siostrami). Pojeździliśmy trochę po Olkuszu, bo oczywiście za wcześnie wyszliśmy. Aby było ciekawiej, część gości weselnych poszła do kościoła na nogach śpiewając i grając na akordeonie.
Stanęliśmy u wejścia do kościoła. Przed oczami mieliśmy pięknie udekorowaną alejkę naszego wspólnego życia. I dalej wszystko poszło gładko, idealnie. Tak jak miało być.
Zmieniony: wtorek, 07 kwietnia 2009 15:16